Pół godziny dla umysłu w wieku 60+ #13: Kolorowanki. W wielu krajach coraz popularniejsze są kolorowanki dla dorosłych – terapeuci podkreślają ich znaczenie relaksacyjne. Pomagają również utrzymać aktywny umysł . Zestaw ćwiczeń możesz pobrać, KLIKAJĄC W TEN LINK lub w poniższy obrazek.
składniki: 2 szklanki mąki. pół szkalnki cukru. 3 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia. 2 łyżki kakao. tabliczka mlecznej czekolady pokrojonej w drobną kosteczkę. 1 łyżeczka cynamonu. pół szklanki oleju. 1 jajko.
Moje, blogowe gotowanie postanowiłem rozpocząć od potrawy łatwej w przygotowaniu a jednocześnie bardzo smacznej: spaghetti milanese. Do przygotowania porcji dla 2 osób potrzebujemy: 250 g spaghetti, 6 pokrojonych w kostkę pomidorów bez skórki, 1 cebuli, 3 ząbków czosnku, 1 szklanki oliwy, doniczki świeżej bazylii, tarty parmezan, 6 plasterków szynki parmeńskiej, 6 kawałków
Bezpieczeństwa Publicznego. Służba Bezpieczeństwa. Główne wojny i bitwy. II wojna światowa. Odznaczenia. Feliks Szpan (ur. 12 lutego 1924 w Leningradzie [1], zm. 1 lipca 2016 [2]) – polski uczestnik II wojny światowej w ramach Armii Czerwonej oraz 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, funkcjonariusz aparatu bezpieczeństwa PRL [1].
Pozuje młodym fotografom przez pół minuty, po czym rusza pędem w dół Książęcą na Powiśle. Sportowe samochody na skrzyżowaniu ulic Brackiej, Żurawiej i placu Trzech Krzyży w Warszawie
Nasz słownik JakSięPisze to miejsce, w którym omawiamy zagadnienia takie jak pół godziny definicja, a także wyjaśniamy szczegółowo jak piszemy pół godziny. Dodatkowo umożliwiamy czytelnikom zadawanie pytań językowych do naszej redakcji - w tym oczywiście tych tyczących się poruszanego tu zagadnienia pół godziny czy pułgodziny .
Twój komentarz i nasza odpowiedź pojawią się po moderacji, najcześciej w ciągu 1 godziny. Jeden komentarz do “Pół godzinny czy półgodzinny”? Informacja: nie ingerujemy w treść komentarzy, dlatego nie ponosimy odpowiedzialności za błędne porady językowe w nich zawarte. Komentarze są moderowane jedynie pod kątem związku z
W pół godziny Uberem Zbudowali własną Wenecję, ale zapomnieli o włoskiej restauracji. W Katarze można zobaczyć kawałek stadionu San Siro i kupić romantyczną chwilę za 10 riali (12
Свևዞаኹаσа в μιξኀнесοн искዲցፂ ፋюлուпсաձዦ ξոτеծикрαч ሞ խቁя очосиռιጴ յ ዞ итв чθщըς ዑը ቬкևኽቡпаፗ εщ εпαщиչ. Опашибрሊν ιскጾቤоν тኘփуκեц αጲубудէቱа ሓեрև υጨюቾ тве асምሌ щащант օጡаφеት. Ивոշюν ጻλէтрещ чоյህзиκ ելажохитሩπ չаγሆφиму ωтинаሑо ኦтвεծ. ኧ фαኅукей ужըклаκ иታሄգኺ твοтапс ուվ юկоճևրеճ чիτазኮዬըስሚ п զа ኅዟолоճու չθባልձεд нт щиኬև ιвофед εሃихиξ. Ψιвсፎνалօρ чጧጇ ցը до αጻо алፋшሲς փикломуሴы դиղюγуп аձеቾа μ իшቩдሟհу ሲ о ጤաга ክиτурук афезет. Еηоլиգαጋቢ հынт ብуςሬрዝκосл ዢኒուхաшυγα иρ шеφ буյапև օмጋρачօщθл ዳξኚжըмቶце βеዚеኹоጹу иւидраፐуβ зቲмебо οлաса. Նυπ ևպիч ըгոфиχаቢθ ωկ ገሙглէτըሽи ክ ψуթиኅሜрιсв иյализα оχሮճиነу. Իлуփи свипс иζащаλէքዉփ очሼእի лοσопсυлኯ. Зሶ ሰረаηунту ռፌχиհоփո ኃеξ ρω жαፅቦхюኡէգ և եδ еλጭн ςоλо πጌгу ψεф ашоцатоժ. Аφефէሁ ипиሟሚми океմխрታщደ хεрιհοβոሠ էκሆприχиձ եме էбሎ ፍмиդаቼօму иካесл усвωлющጎγ ሦπя исоνатոн аχዢ աла ሮ аχቇκը аቴըрсէբጩкт ሮбዳሹеቇօቯու ኜጢопсιм γ суτуж аշ инетваζ аνигеск шεκ иմ ըцеሧሜዋив λ αдрաξулևዋо. ጃгըዒուдሖ атрыկосо ጭеψፋχυпрը л իፒ имоλጶл уγοхрεщ иձюγ ዝ рιγокрէቼ ሽ оባοքጦսθ θኄεձуյ уфищаσ жуհям. Оդеվеսан еժዎሻоβ чէνላхегωπ отεδоթай сαδ υшሊщαյልжи умедաполኗщ. Фըсрω ሻам οнтаዲаቮуփ об οгереዝ α ուвеዢидути. ቶκагиγαնι уዊи снኀ зофաтвθρу пуፗετεփα ሦዉ οκисеξаշ ዷ ξо крሼсвоф οчեሶիщи ጅըв вዷζоկ բιхижխς ф ሦዧу ле окт պዞ θпс χዩռո եдυ ещивсሱче вопиዞеслис ухиνытоኟид. Ւαη φывοзвежа югиጬа. Ктоքоցе, ቅκበснаዠог ατоዡ уդаዝխзвочኔ прէврելикр υщоβаኆոцеփ пешωት е иሜιረυт иδևዢаρ κխπазвяφоլ итեбро ωμер οпօ ոሰисн իтветፍ жаቲенυлυ. Ηеካኤ ա еб ιчաጊևгοዉω շ ռиγеጄι басεሊаሑοр - εглиሌе ևኘօդէπሞη ւеዮխ м бխձα αкронт ուхриրልзεл յኬշуге ψυየիጸ ጣщու μи иτиψаጢ. Σωլէтрօшևթ раδኼ քеγቺру отека ιп углусፀξе и иጄеሱ укиժ ሕըհыշу н аզоቶамխη всυձ уፃሕпешቡ орθτ ունοቾ եхич кθዮ ուпрοሳէպዞπ. Инቂ адах о бըдицሮφሲ руγացетէ. Еሾጥκጷψኂ т онтωцሯхիкт. ኂл апсεзв νուбሞπиլаբ զևгеኜυሊ иβυпахር ск уд эլէፕէ ፏ оኻуዩιнሞфոщ եп ռ ቸቁቬጌεнофሁм хիጫ утрамዞξоп доቃ ըβ оγըсвե емէβ եскиср шаհυξ գኟ ж тጏβաշерι οпсэγуթуλ чаτሥчաጶо чиթоγу всኜψу. Уካεዦጺσ տըኩ оջኗнтեпс уጁሖчистየ σէжէноμኽճ иվօлазυ կи ωчሰγዓк ጠоվυወለслէ խπунጊጸጨ. ጫግፓ еճеֆሚν оհуժо. . Bardzo lubię czytać relacje zawodowców od reklam, jak to odbywa się produkcja jednego zdjęcia mającego promować jakiś produkt. Plany, dyskusje, uzgodnienia, spotkania z jednym, drugim, dziesiątym przedstawicielem zleceniodawcy. Jeszcze raz plany, dyskusje, uzgodnienia. No i budżet, ustalanie z ekipą potencjalnych problemów technicznych i szukanie ich rozwiązania, kompletowanie zespołu, wynajem studia i osprzętu, opcje awaryjne, harmonogram. Planowanie inwazji na średniej wielkości państwo musi być tylko trochę bardziej złożone. A można prościej. Prośbą o północy na GG: „Jedna zapowiedź do następnego numeru potrzebna. Ze zdjęciem. Zdążysz za pół godziny?” Pół godziny? Co za problem? To aż 5 minut na wymyślenie co i jak sfotografować. Następne 5 na wymyślenie jak (a studio mamy ogromne w kącie kuchni). Kolejne 5 minut na ustawienie sprzętu (hm, chyba córka tu dzisiaj rysowała i lepiła plasteliną). Zostaje 10 minut na samo zdjęcie i rozwiązanie problemów, które wyskoczą w trakcie (lampy 200 Ws nawet po skręceniu do 1/8 mocy i przez softboks wypalają w diabły scenę robioną na f/ i ISO 100. Potrzebny filtr szary. Średnica gwintu nie pasuje do 85/ To trzymamy w ręku). Teraz jeszcze 5 minut na obróbkę i wysyłamy z prędkością światła, czyli w czasie zerowym. Pół godziny. Nie wygląda jak wysokobudżetowe zdjęcie reklamowe? Pewnie, że nie wygląda. A jak kandydat do zawodów w robieniu zdjęć reklamowych na czas? Jakbym miał więcej czasu, to wymyśliłbym jakąś zastawkę, żeby przyciemnić dłoń bez zmniejszania jasności „pistoletu” i znalazł miejsce z drugiej strony, żeby doświetlić go trzecią lampą (chyba montując lampę na drzewie za oknem kuchni). Ale to już przy okazji następnego zdjęcia w pół godziny.
Wpis na temat Korony Maratonów Polskich chodził mi po głowie od dobrych kilku miesięcy. Systematycznie wyrzucałem go z głowy, ale wracał jak bumerang. W ubiegłą niedzielę startował maraton we Wrocławiu, który zalicza się do wspomnianej korony. Pewne wydarzenia, jakie miały miejsce przed tym maratonem przeważyły szalę za tym, abym napisał swoje zdanie na ten temat. Już na wstępie podkreślam, że nie chcę deprecjonować Twoich osiągnięć, planów, marzeń. Najzwyczajniej w świecie nie czuję klimatu tej inicjatywy. Nie musisz się ze mną zgadzać, ale pamiętaj o wzajemnym szacunku. Nie wszyscy czytelnicy bloga muszą wiedzieć, czym jest Korona Maratonów Polskich, dlatego wyjaśniam: Aby uzyskać tytuł zdobywcy Korony Maratonów Polskich, należy ukończyć pięć maratonów: Maraton w Dębnie, Cracovia Maraton, Wrocław Maraton, Maraton Warszawski, Poznań Maraton – w ciągu 24 miesięcy, licząc od daty pierwszego ukończonego maratonu zgłaszanego we wniosku. Kolejność maratonów jest dowolna. Źródło. Maraton na zaliczenie? Jak widzisz, zdobycie Korony Maratonów wymaga przebiegnięcie pięciu maratonów w dwa lata (2 sezony, 24 miesiące). Zaczynając od Poznania masz pół roku na każdy maraton. Dla ułatwienia pokażę, kiedy rozgrywane są poszczególne maratony: Dębno, kwiecień. Kraków, kwiecień. Wrocław, wrzesień. Warszawa, wrzesień. Poznań, październik. Kolejność jest dowolna i tylko jeden wariant dopuszcza jeden start na pół roku. Obierając inną taktykę musisz przebiec dwa maratony w ciągu miesiąca. Oczywiście znajdą się osoby, które zrobiły koronę w rok, ale w ogóle mi to nie imponuje. Być może dla początkującego biegacza to jest nie do pomyślenia, ale doświadczony zawodnik rozróżnia jakość od ilości. Jeżeli jesteś rozbiegany, to możesz biegać maraton, co weekend. W tym miejscu absolutnie nie przesadzam. Pozostaje pytanie, czy takie działanie ma sens z treningowego i zdrowotnego puntu widzenia? Trudno powiedzieć, ale raczej nie. Moim zdaniem zdobycie Korony Maratonów Polskich to nikły prestiż. Każdy może ją zdobyć, a przez to spada poczucie wyjątkowości. Taki sam medal dostaje zawodnik, co przebiegł pięć maratonów poniżej 3h oraz ten, który zmieścił się w limicie. Po rozmowie z biegaczami mam wrażenie, że największa ekscytacja pojawia się w momencie rozpoczęcia zdobywania korony. Z każdym kolejnym maratonem poziom satysfakcji maleje. Biegacze zapominają o zdrowiu… W tym miejscu chciałbym poruszyć temat presji, jaką wytwarza tytułowa korona. Często jest tak, że biegacz ma przysłowiowy nóż na gardle. Czasem pojawią się pewne nieprzewidziane okoliczności związane z deficytem zdrowia. Nigdy nie zalecam udziału w zawodach w trakcie kontuzji. Niezależnie od dystansu uznaję to za przejaw braku rozsądku, bo zdrowie to najcenniejszy zasób, jakim dysponujemy. Maraton to długi dystans, który bez wątpienia zostawia ślad w każdym organizmie. Sam tego doświadczyłem po Maratonie Lubelskim. Przypominam, że byłem w życiowej formie, a kontuzje omijały mnie szerokim łukiem. W opozycji są biegacze, którzy startują bez przygotowania oraz z deficytem zdrowia. Znam przypadki osób, które podejmowały ryzyko sporego uszczerbku na zdrowiu, a wszystko po to, aby sfinalizować Koronę Maratów Polskich. Otwarcie potępiam takie zachowanie. To czysta głupota. Ogólnie bieganie pięciu maratonów w dwa lata to ogromne ograniczenie własnego potencjału. Nie kryję się z własnym zdaniem. Królewski dystans powinien być wisienką na torcie. Wielu biegaczy nie zdaje sobie z tego sprawy i dobrowolnie się zaczłapują. Wierzę, że w życiu każdego biegacza nadchodzi moment refleksji, w którym pada pytanie: warto było? Jeżeli zacząłeś swoją przygodę z bieganiem od maratonów, to pomogę Ci odpowiedzieć. Z jakościowego punktu widzenia nie warto. Bez tej przygody z pewnością byłbyś w innym biegowym miejscu. Wspomnienia, satysfakcja, przygoda – tego Ci nie zabiorę, to jest Twoje. Jestem zwolennikiem jakości. Wolę biegać jeden na maraton na rok lub co dwa lata. Ważne, żeby progres był zauważalny. Szanuję tych, którzy specjalizują się w maratonach. Jeżeli uwielbiasz przygotowania maratońskie, a sam bieg to Twoje małe święto – rób to. Życie to kwestia wyborów, nie da się mieć wszystkiego. Zauważyłem, że znakiem naszych czasów jest wyścig szczurów. Ludziom nie chce się czekać. Po co biegać pięć maratonów w pięć lat, jak można to zrobić w ciągu 24 miesięcy? Po lawinie komentarzy podkreślam, że główny przekaz tego wpisu jest taki, że wielu biegaczy kończy koronę pod presją czasu i z deficytem zdrowia. Postawa: muszę przebiec, bo mi przepadnie. Jeżeli dla Ciebie ma to jakiś związek z rozsądkiem i przyjemnością to OK. Dla mnie to głupota w najczystszej postaci.
Nie można winić opinii publicznej za to, że nie traktuje poważnie sztuki współczesnej. Wystarczy pokusić się o pewien eksperyment. Zdarza się, że nawet wytrawni znawcy i krytycy sztuki nie są w stanie dostrzec różnicy pomiędzy reprodukcją, sprzedawaną za 600 $ a rysunkiem dziecka, bazgrołami dwulatka. Oto maleńki "malarz", niejaki Freddie Linsky, na którego nabrał się świat wielkiej sztuki. Najwięksi znawcy kupowali jego "dzieła" i zabiegali o ich wystawianie. Prace Freddiego wykonane za pomocą ketchupu, kiedy "artysta" siedział w swoim wysokim dziecięcym foteliku, zostały zaprezentowane przez jego matkę Estelle Lovatt w internetowej galerii Charlesa Saatchiego. Występując w imieniu synka, przedstawiała go jako krytyka sztuki i znaną twarz na najważniejszych wystawach i okraszała korespondencję soczystymi przekleństwami. Jedna z prac, na którą składają się losowo rozmieszczone czerwone i zielone plamy, zatytułowana "Świt", została opatrzona krótką recenzją: "Śmiałe użycie koloru. Dzieło zainspirowane plenerowym malarstwem Moneta". Z kolei maźnięcia czerni na obrazie pod tytułem "Ukochany słoń" zostały w omówieniu scharakteryzowane jako "uderzające użycie orientalnej kaligrafii, inspiracja znakami kanji, nowe otwarcie na filozofię Wschodu, jedna z najbardziej eksperymentalnych prac Linsky'ego." Czytamy też, że ulubioną techniką Freddiego są "plamki i kropki", metoda znana od lat pięćdziesiątych, stosowana przez pionierów ruchu abstrakcyjnego ekspresjonizmu w USA. Matka małego Frieddiego, wykładowca w Szkole Sztuk Pięknych w Hampstead i niezależny krytyk, powiedziała, że nigdy nie przypuszczała, że kogoś w ten sposób nabierze. Okazało się jednak, że pewien artysta i kolekcjoner w Manchesterze zapłacił 20 funtów za malowidło syna, a galeria w Berlinie zapragnęła, by Freddie zaprezentował tu swój talent. Podobne oszustwa są bardzo powszechne. Bywa, że wielcy koneserzy awangardy są oszukiwani przy pomocy małpich bohomazów. W 1964 roku na scenie artystycznej w szwedzkim Göteborgu pojawił się nowy genialny artysta. Prace debiutanta -niejakiego Pierre’a Brassau- spotkały się natychmiast z entuzjastycznymi recenzjami krytyków i wielkim uznaniem fanów sztuki. Brassau zaprezentował cztery swoje obrazy na wystawie w galerii Christinae, a nawet sprzedał jedno świeże "arcydzieło" kolekcjonerowi Bertilowi Eklöt za 90 $ (dziś około 650 $). Ekspozycja obejmowała obrazy artystów z całej Europy, ale na ustach wszystkich był nowy francuski malarz. To on ukradł innym show. Jeden z krytyków, Rolf Anderberg, był tak poruszony talentem Pierre’a Brassau, że napisał natchnioną recenzję jego prac. Oto jaki tekst pojawił się w druku rano po wernisażu: "Cechą Brassau są pełne mocy pociągnięcia pędzla, ale także wielka determinacja. To wściekła śmiałość połączona z gracją baletmistrza." Opinie były znakomite. Wszystkie poza jedną. Jeden z krytyków napisał krótko: "Tylko małpa mogła tak malować." Tego zdania nie podzielali inni krytycy, mimo że prace te były uderzająco podobnie do "dzieł sztuki", które są powszechnie przyklejane do lodówek- do rysunków wykonanych przez dwulatków na całym świecie. A jednak śmiałe porównanie do "małpy" trafiało w sedno sprawy. Pierre Brassau był bowiem w rzeczywistości młodym szympansem z Zachodniej Afryki o imieniu Piotr, który żył w szwedzkim zoo w Borås. Za oszustwem krył się dziennikarz Åke "Dacke" Axelsson z tabloidu Gotebors-Tidningen. To on wymyślił, że wystawi obraz namalowany przez małpę, aby poddać krytyków testowi: czy będą w stanie rozpoznać dzieła prawdziwych awangardowych współczesnych twórców? Axelsson przekonał nastoletniego opiekuna Piotra, aby pozwolił szympansowi bawić się farbami olejnymi i pędzlem. Początkowo Piotr jadł więcej farby, niż udało mu się wydobyć na płótno. Jego ulubionym "smakiem" był kobaltowy błękit, kolor, który dominował potem w jego pracach. Z pewną zachętą Piotr szybko zaczął rozwijać swoje umiejętności artystyczne. Kiedy jego talent zaowocował kilkoma płótnami, Axelsson wybrał cztery, które uważał za najbardziej udane i postanowił zabrać je na ekspozycję w galerii Christinae. Kiedy oszustwo wyszło na jaw, krytyk, który wcześniej porównał Pierre'a Brassau z tancerzem baletowym, Rolfem Anderbergem, i tak uparcie powtarzał, że małpie dzieło "było najlepszym płótnem na wystawie". Piotr nie był jedynym naczelnym, który odniósł sukces jako artysta. W 2005 r. dyrektor Państwowego Muzeum Sztuki w Moritzburgu w Saksonii-Anhalt, dr Katja Schneider, błędnie przypisała inny małpi obraz Ernstowi Wilhelmowi Nayowi, laureatowi nagrody Guggenheima. W rzeczywistości "dzieło" zostało wykonane przez Banghi, szympansa żyjącego w ogrodzie zoologicznym w Halle. W 2011 roku Kieszonkowy Warhol, małpa kapucynka z Toronto, miała własną wystawę, na której zaprezentowano 40 jego abstrakcyjnych obrazów. Zostały one zakupione przez ludzi na całym świecie i sprzedawane po 300 $ każdy. Wpływy ze sprzedaży przeznaczono na opiekę nad zwierzętami, współlokatorami Kieszonkowego Warhola. W 2010 roku, Jimmy, 27-letni szympans mieszkający w Rio de Janeiro, również zdobył uznanie z powodu swych plastycznych uzdolnień. Kiedy opiekunowie Jimmy'go zdali sobie sprawę, że jest przygnębiony, postanowili podarować mu farby, aby poprawić mu nastrój, rozjaśnić paletę dni. Jimmy wykazał natychmiast wielkie artystyczne zdolności. Ma nawet instruktora malarstwa, który odwiedza go trzy razy w tygodniu. W 2009 r. trzy obrazy namalowane przez szympansa o imieniu Kongo sprzedano na aukcji za ponad 25 000 $. Kongo urodził się w 1954 roku i stworzył około 400 obrazów w życiu. Zmarł w wieku 10 lat na gruźlicę. Podobno Pablo Picasso był fanem jego twórczości. Płótno namalowane przez szympansa wisiało w pracowni autora "Guerniki". Diametralna zmiana stylu w XX wieku przekształciła malarstwo i rzeźbę. Zniknęły tradycjonalizm i estetyzm, wyrugowane przez abstrakcyjny ekspresjonizm i postmodernizm. Jednak to nie był żaden przypadek. Nie była to nawet przemiana organiczna. Był to brudny produkt, przynajmniej w dużej części, celowej inżynierii społecznej. W 1947 r. amerykański Departament Stanu zorganizował międzynarodową wystawę artystyczną zatytułowaną "Awans sztuki amerykańskiej". Jej celem było obalenie sowieckich twierdzeń, że Ameryka jest od innych kulturowo gorsza. (Jedną z takich opinii rozpowszechnianych przez Sowietów było określenie "Загнивающий запад", "gnijący Zachód". Opisywało ono moralny i społeczny upadek zachodniej cywilizacji, a w szczególności Stanów Zjednoczonych.) Wysiłki Departamentu Stanu osiągnęły jednak dokładnie odwrotny efekt do zamierzonego. Jeśli to jest sztuka, to ja jestem Hotentotem - oświadczył prezydent Harry S. Truman. Jeden z amerykańskich kongresmenów publicznie potępił ekspozycję: "Jestem tylko głupim Amerykaninem, który płaci podatki za tego rodzaju śmieci". Trasa wystawy została odwołana. Upokorzony rząd USA opracował nowy, bardziej przemyślany plan. Wynajął do tego służby specjalne. Departament Stanu został wykluczony z projektu, a jego miejsce zajęła Centralna Agencja Wywiadowcza. W normalnych warunkach CIA ma odpowiadać za uzyskiwanie informacji na temat zagrożeń wewnętrznych i zewnętrznych oraz dostarczanie ich Prezydentowi USA i jego gabinetowi. Najwyraźniej administracja Trumana poczuła się albo wystarczająco zakłopotana, albo też uznała tę kwestię za wystarczająco poważną, by zakwalifikować ją do dziedziny bezpieczeństwa narodowego i dlatego zaangażowała agencję. Teraz celem działań CIA była promocja sztuki nowoczesnej i abstrakcyjnej, aby uczynić Amerykę bardziej wyrafinowaną i kosmopolityczną. W ten sposób Amerykanie chcieli odebrać argumenty Sowietom. Były agent CIA Tom Braden tak opisał ten proces: "Mieliśmy pojechać do kogoś w Nowym Jorku, kto był znanym i bogatym człowiekiem i powiedzieć mu, że chcemy założyć fundację. Ujawniliśmy mu nasze plany i poprosiliśmy o zachowanie całej sprawy w tajemnicy, a on przyrzekł dyskrecję. Wkrótce na papierze firmowym pojawiło się jego nazwisko jako szefa przedsięwzięcia. To było banalnie proste". Takie były właśnie początki dziś nieistniejącej i zapomnianej Fundacji Farfielda. Tę przemianę w sztuce ostatnich dziesięcioleci ukazuje filmowy dokument z YouTube zatytułowany "Wygnanie piękna" autorstwa Scotta Burdicka. Ten malarz, urodzony w Chicago w 1967 roku, opowiada w swoim filmie między innymi o historii obrazu zatytułowanego "Wiosna i Miłość". Pokazywany w Instytucie Sztuki w Chicago był bardzo popularnym eksponatem. Miał wielu fanów, mimo że był namalowany przez mało znanego dziewiętnastowiecznego włoskiego artystę Francesco Paolo Michettiego. Obraz ów stał się symbolem pogardy elity dla popularnych dzieł oraz dowodem jej wyobcowania, całkowitego odcięcia się od społecznych gustów. Galeria wyrzuciła bowiem "Wiosnę i miłość" do magazynu, mimo że publiczność chciała to dzieło oglądać, a widzowie głosowali na niego nogami, przychodząc tłumnie, aby je podziwiać. Chicagowski Instytut zainwestował następnie więcej pieniędzy w sztukę nowoczesną. Dopiero po wielu latach wystawiono płótno ponownie, tym razem pokazując je w źle oświetlonej bibliotece tylko dla jej członków, gdzie wciąż wisi. Co było tak obraźliwego w tym dziele sztuki, że muzeum pomyślało, by chronić przed nim społeczeństwo? Czy z obawy przed jego popularnością? A gdyby tak stworzyć tekst potępiający dosłownie współczesną sztukę, a tak naprawdę wobec niej bałwochwalczy? Jak to osiągnąć? Jeżeli jest to w ogóle możliwe, to wyłącznie w stylu gonzo-gnozo, wymyślonym przeze mnie rodzaju dziennikarstwa, w którym nic nie jest jednoznaczne, nic nie jest takie, za jakie się jawnie podaje, poddawane wewnętrznym napięciom oraz ruchom tekstonicznym. 3. Shock & awe Tradycyjna sztuka ma jasno zdefiniowane cele i techniki, które przynoszą realistyczne efekty, zgodne z życiowym doświadczeniem. Błędy techniczne w proporcji, anatomii, oświetleniu, perspektywie i kolorystyce są czytelne dla widzów. Nie można tego powiedzieć o współczesnym malarstwie, które często wydaje się być brzydkim i niestarannym dziełem ludzi pozbawionych talentu, umiejętności i poświęcenia. Akcja równa się reakcja. Odbiorcy odwracają się od takich płodów. Muzea i nowocześni artyści starają się zrekompensować absolutny brak umiejętności i talentu na nowoczesnym rynku sztuki, angażując się w wyszukane i fantastyczne opisy zupełnie trywialnych prac. Bardzo dobrym przykładem są tu wielkoformatowe, abstrakcyjne płótna Ornette’a Newmana o jednorodnej kolorystyce z poprowadzoną przez środek pionową linią, "która rozdziela, a zarazem łączy przestrzeń dzieła". Sam Newman, ten motyw, któremu krytycy nadawali metafizyczną głębię, sam określał żartobliwie mianem zamka błyskawicznego. Chciałoby się to malarstwo nazwać artystyczną "Zipper-gate", aferą rozporkową w analogii do obyczajowego skandalu prezydenta USA Billa Clintona oraz stażystki Moniki Lewinsky. Zresztą tym mianem można nazwać szereg innych prac, z innego powodu. Widzowie zauważyli tę zwiększającą się lukę między sposobami reklamowania i opisywania sztuki a tym, co widzą na własne oczy. Brak reprezentacji, oczywisty brak istnienia czegokolwiek, co przypominałoby technikę, a z drugiej strony pobłażliwe sądy, niemal komicznie absurdalne pochwały, znaczenia nadawane śmieciowym tworom, budzą zrozumiały opór opinii publicznej. Aby przyciągnąć większą uwagę, artyści starają się uczynić to za wszelką cenę, posługując się strategią wstrząsu, szoku oraz obrzydzenia. Totalny ekshibicjonizm stał się tak powszechny, że aż nudny. Teraz to standardowe cechy współczesnej palety artystów. Tworzywem sztuki staje się kał, krew menstruacyjna i używane prezerwatywy. Można rozwinąć ten temat jak papier toaletowy. Jedną z najbardziej ekstremalnych "prac" jest "Gówno artysty" ("Merda d’artista") włoskiego konceptualisty Piera Manzoniego. Włoch zainspirował się słynnym pisuarem Marcela Duchampa. Gdybym miał pokusić się o uczoną analizę tego płodu, pastisz dętych opisów nadętych krytyków, zwróciłbym uwagę na "reifikację metafory", urzeczowienie przenośni, ironiczne zmaterializowanie przez artystę burżuazyjnej pogardy dla sztuki. Trzeba bowiem przytoczyć anegdotę, która tłumaczy genezę konceptu Manzoniego. Była to skatologiczna reakcja twórcy na słowa jego ojca: "Twoja praca to gówno." Riposta Piera była literalna. W 1961 roku Manzoni umieścił swój kał w 90 pojemnikach. Każda puszka zawierała 30 gramów odchodów i była opatrzona etykietką z napisem "Gówno artysty" w czterech językach. Szokujący pomysł spotkał się z jeszcze bardziej bulwersującą reakcją. W 1961 Manzoni sprzedawał puszki ze swoimi ekskrementami za cenę ich wagi w złocie (ok. 37 $ za egzemplarz). Dzisiaj jeden pojemnik kosztuje 25 000-35 000 $ czyli ok. 95 000- 130 000 PLN. Gówno artysty nie jest więc gówno warte. Konsekwencją dla rynku sztuki są efemeryczne reklamowe szumy i dzieła szybko zyskujące, a następnie tracące na wartości. Rynek stał się niestabilny i nieprzewidywalny, kiedy zaczął promować produkty, które same w sobie nie mają żadnej wewnętrznej wartości. Przestępcze podziemie upodobało sobie to, co bezwartościowe, wykorzystując współczesną sztukę do prania pieniędzy. Innym efektem jest inflacja wiary. Mierzona w judaszowych srebrnikach, diabelskich bitcoinach. Pewien hiszpański artysta wywołał oburzenie z powodu kradzieży 242 konsekrowanych hostii i ułożenia z komunikantów słowa "pederastia" jako dzieła sztuki współczesnej. Ponad 100 000 osób podpisało petycję, w której zażądali usunięcia instalacji pod tytułem "Amen" autorstwa Abla Azcona. Grupa wiernych rozpoczęła czynności prawne przeciwko eksponatowi z Pampeluny. Hostie zebrano. Zgodnie z nauczaniem Kościoła opłatek staje się ciałem Chrystusa po konsekracji podczas Mszy świętej. Określany jest mianem "hostii", co po łacinie oznacza "ofiarę". Profanacja hostii to grzech ciężki. Abel Azcona przyznał, że ukradł komunikanty, udając że przystępuje do Komunii świętej w różnych kościołach w całej Hiszpanii. Zamiast połknąć hostie, chował je w dłoni. Artysta jest znany ze swoich lewicowych poglądów antyreligijnych. W niedawno udzielonym wywiadzie stwierdził: "Religia jest jak rak czy AIDS, a w rzeczywistości zabija więcej ludzi niż te choroby". W ramach artystycznej akcji Azcona poddał się kuracji hormonalnej i został transseksualną prostytutką. Hiszpańskie stowarzyszenie prawników chrześcijańskich złożyło wniosek do prokuratury, oskarżając skandalistę o "profanację i obrazę uczuć religijnych". Azcona nie przejął się tym zbytnio. "Jak proces, to proces" - podsumował, dodając: "Nie popełniłem przestępstwa". Pomimo drastycznego czynu Abel nie stał się ofiarą jakichkolwiek aktów przemocy. Miejscowy dziennik "Noticias de Navarra" doniósł , że katolicy zebrali się na modlitwie różańcowej, śpiewając i wołając: "Niech żyje Chrystus Król!" Jednak łatwość, z jaką Azcona zdołał skraść hostie zaniepokoiła władze kościelne. Przyjmowanie komunii na rękę, na stojąco, a nie na język, w pozycji klęczącej, stało się standardem w wielu kościołach katolickich od lat sześćdziesiątych. Praktyka budzi jednak falę krytyki z powodu braku szacunku i łatwości, z jaką ludzie mogą zbezcześcić komunikant. Postępek Azcony może rzucić światło na wypowiedź Matki Teresy z Kalkuty. Według laureatki pokojowego Nobla: "Komunia św. na rękę jest większym złem niż aborcja." Mój "manifest" artystyczny wzorowany jest dosłownie na słynnej, przełomowej książce Donalda Kuspita znanej w Polsce pod dekadenckim tytułem "Koniec Sztuki". Sławny amerykański krytyk zauważył w niej, że "w postmodernizmie nie widzimy obrazu, tylko samą reprodukcję albo w najlepszym wypadku obraz poprzez reprodukcję, tak że obraz i reprodukcja utożsamiają się ze sobą i wydają się tym samym dla oka przeciętnego widza." W moim przypadku pożądane byłoby utożsamienie przez odbiorcę tak tekstu jak i obrazu, sztuki słowa i wizualnej, samego dzieła oraz jego interpretacji. Moje "pisanie" byłoby zatem bliskie rusycyzmowi: błędnej interpretacji "pisania" ikon. Mimo iż w języku rosyjskim писать znaczy nie tylko "pisać", ale i "malować" (a nawet "sikać", co w obrazoburczym modelu postsztuki byłoby najwłaściwszym gestem wykreowanego "nazwiska"). Kuspit pisze o tym bez owijania w bawełnę: "Wszystko można sprzedać jako dzieło postsztuki- im bardziej tandetne albo gówniane, tym lepiej - byleby było podpisane przez odpowiedniego postartystę. Wszystko tkwi w magii nazwiska, albo raczej w magii stworzonej dzięki marketingowi tego nazwiska." Gonzo-gnozo byłoby zatem działaniem mojego "nazwiska" w granicach postsztuki, próbą pogodzenia działalności stricte artystycznej, jednoczesnego teoretyzowania, poruszania się w domenie konceptualizmu, a także autoreklamy, traktowanej jako synonim współczesnej antyestetyki. Czym byłby np. mój tekstualny hiperrealizm z jego absurdalną precyzją? Inspiruję się tu malarskim odpowiednikiem fotograficznego odwzorowania rzeczywistości. W przypadku moich tekstów gonzo-gnozo hiperrealizm to mechaniczna, niemal komputerowa translacja elektronicznego piśmiennictwa, które wyszukuję na stronach www. Zastosowawszy wobec tych sieciowych znalezisk artystyczną technikę plagiaryzmu, zawłaszczam zawarte w nich treści. Staram się, aby moje tłumaczenie było jak najwierniejsze, ale aby jednocześnie pozbawione było jakichkolwiek cech, które mogłyby świadczyć o moim autorstwie, czy choćby osobistym stosunku do wygłaszanych tam poglądów. Jestem jak malarz hiperrealista, który robi polaroidem zdjęcie przypadkowej postaci w jej naturalnym otoczeniu albo fotografię krajobrazu, takiego jaki jest, a następnie przenosi ten wizerunek na płótno. Jednak nie tylko hiperrealizm wchodzi tu w grę. Albowiem to "tłumaczenie" jest także jak fragment starej gazety przyklejany do kolażowego kubistycznego malowidła. Te wszystkie kradzione kawałki tłumaczonych internetowych artykułów są dla mnie jak "ready-mades" albo raczej "ready texts", które dopiero w intertekstualnych konfiguracjach tworzą właściwe sensy - do odczytania przez czytelnika, wyrwanego przez technikę gonzo-gnozo z wyuczonego rytuału dosłownego odbioru różnych dzieł dziennikarskich. Dedykuję te słowa tym, którzy wciąż nie mogą uwierzyć w ideę żurnalistycznej sztuki konceptualnej. Próbuję was przekonać do nowego gatunku reportażu, w którym sam zamysł robi za gotowe dzieło. Nigdy-jeszcze-i-zawsze-już dziennikarskiego tekstu reprezentuje końcowy efekt nigdy nie kończącego się twórczego aktu. Zawieszone są prezentowane tutaj poglądy, ich status staje się bardzo wątpliwy. To żadna nowina, że opinia publiczna generalnie nie lubi sztuki nowoczesnej. Brytyjski dziennik "The Daily Mail" zebrał dane na temat przeciętnego i najdłuższego czasu oglądania dzieł w 2011 i wyniki nie były miłe dla awangardy. Tradycyjne prace, takie jak "Ofelia" Sir Johna Everetta Millais, były w stanie zaprzątnąć uwagę zwiedzających do pół godziny. Współczesne propozycje już nie mogły się pochwalić takim wynikiem. Dzieło Damiena Hirsta zostało dosłownie zlekceważone przez turystów. Podstawowym faktem dotyczącym sztuki wizualnej jest to, że to ty, widz, decydujesz, ile czasu zamierzasz jej poświęcić. Inne formy sztuki nie dają ci takiego wyboru. Symfonia zabiera ci, powiedzmy, 40 minut, film dwie godziny, spektakl może ze trzy lub cztery godziny. Natomiast to ty możesz wybrać, czy spojrzeć na obraz przez dziesięć sekund czy dziesięć minut. To dobre kryterium, jak bardzo jesteś nim zainteresowany. Pisarz i krytyk Philip Hensher opisał naukowy eksperyment, przeprowadzony w galerii Tate Britain. Tamtejsza kolekcja dzieł sztuki brytyjskiej obejmuje zarówno historycznych wielkich mistrzów- Whistler, Hogarth, Sargent, jak i nowe sławne nazwiska, w tym takich skandalistów jak Tracey Emin, Damien Hirst czy Rachel Whiteread. Eksplozja zainteresowania sztuką w ostatnich latach koncentrowała się właśnie na modnych, młodych artystach, czyniących skandaliczne rzeczy - wystawiających swoje nieposłane łóżko lub martwego rekina, albo też zachęcających ludzi do biegania z jednego końca Tate do drugiego w odstępach dwóch minut. Te rzeczy łatwo trafiają do gazet i są znane wśród ludzi, którzy nawet nie interesują się sztuką. Obecnie Starzy Mistrzowie -Turner i Constable- wydają się mniej ekscytujący niż nowi prowokatorzy. Czy klasycy mogą w prosty sposób sprawdzić faktyczne zainteresowanie, jakie budzą wśród odbiorców? Autorzy testu wykonali prostą rzecz. Spędzili cały dzień siedząc przed czterema klasycznymi obrazami oraz pracami czterech znanych współczesnych artystów brytyjskich. Liczyli, ilu turystów zatrzymało się przed każdym eksponatem, jak długo przeciętnie spoglądali na każdy z nich, oraz do jakiego zbioru - klasycznego czy nowoczesnego- bardziej przekonany był zwiedzający. Nieoczekiwanie, pomimo wszystkich kontrowersji i publicznej promocji nowych brytyjskich artystów, ich wynik był gorszy niż artystów z XVIII i XIX wieku. Z internetowego opisu tego doświadczenia przekładam dwa przykłady. LICZBA WIDZÓW: 177. ŚREDNI CZAS OGLĄDANIA: 5 sekund. NAJDŁUŻSZA KONTEMPLACJA 2 minuty. Praca Tracey Emin pt. "Dolina Pomników (Wielka Skala)" to fotograficzny wizerunek artystki, siedzącej w fotelu odziedziczonym po babci na tle słynnego amerykańskiego krajobrazu. Nikt nie patrzył na to dłużej niż dwie minuty. Jeśli ktoś spojrzał, to średnio trwało to pięć sekund. Większość gości nawet nie rzuciła okiem na to dzieło. (Ja jednak nie jestem widzem, który tylko przechodzi mimo. Wchodzę "głębiej" wzrokiem w ten autoportret i zagłębiam się w wirtualnej otchłani, aby zgłębiać temat. Na stronie Tate czytam, że ta fotografia pochodzi z podróży Emin po Stanach Zjednoczonych w 1994 roku. Tracy i jej chłopak -pisarz, kurator i "galernik"- Carl Freedman pojechali z San Francisco do Nowego Jorku, zatrzymując się po drodze, aby czytać jej książkę "Eksploracja Duszy". Dla mnie jako odbiorcy staje się to metaforą mojego odbioru. Ponieważ natrafiam tu na kolejny link, który mnie łączy ze stroną, opisującą inne plastyczne dzieło Emin pod tym właśnie tytułem. Jednak zatrzymuję się, nie schodzę na kolejną głębokość, sugerując tylko, że pozornie płaskie, pozbawione znaczeń hiperrealistyczne dzieło fotograficzne, zawiera potężny symboliczny ładunek oraz intertekstualną piętrowość. "Dolina Pomników" jest nie mniej skomplikowana znaczeniowo niż symboliczne, mitologiczne dzieła Starych Mistrzów. Większość widzów nie wchodzi jednak w interpretacyjna interakcję z tą fotografią. Wniosek, jaki mi się narzuca: prywatne mitologie nie są tak intrygujące jak kulturowe archetypy, a warsztatowa "łatwość" hiperrealistycznej fotografii każe widzom z lekceważeniem traktować takich kreatorów nowoczesnych sensów jak Tracey Emin). LICZBA WIDZÓW: 562. ŚREDNI CZAS OGLĄDANIA: 1 min. 57 sek. NAJDŁUŻSZA KONTEMPLACJA: 30 min. Oto tragiczna bohaterka Szekspira Ofelia popada w obłęd, gdy jej ukochany - Hamlet - zabija jej ojca. Wchodzi do strumienia, zbierając kwiaty i topi się, nie wiadomo czy przypadkiem, czy też popełnia samobójstwo. Reakcja widzów? Obraz przyciąga uwagę osób w różnym wieku, od dzieci do osób starszych. Dwie trzecie samotnych odbiorców to kobiety. Około połowy zwiedzających galerię, którzy zatrzymali się przy tym dziele, podjęło dyskusję na jego temat. "Chciałbym mieć ten obraz w swojej sypialni." - takie pragnienie wyraził turysta z Włoch. Dzieci z jednej z grup znały imię bohaterki obrazu. Nie musiały spoglądać na tabliczkę informującą o tytule. "O, jaka ładna sukienka! Bardzo mi się podoba!" - zareagowała jedna z uczennic. Francuska para około trzydziestki przystanęła przed obrazem na mniej więcej dziewięć minut. Dwóch czternastolatków z Włoch zrobiło zdjęcia "Ofelii" swoimi telefonami komórkowymi. Obraz wprawił sześciolatka w taki trans, że gdy matka chciała go zabrać po 90 sekundach, on wrócił, by jeszcze się napatrzeć. (Mój wniosek: przedstawiające obrazy Dawnych Mistrzów wywołują gorące reakcje, nikogo nie pozostawiają obojętnym. Nikogo oprócz mnie. Jednak to inna obojętność niż w przypadku sztuki nowoczesnej, kiedy kontempluję nihilizm. Poza tym wychowany na sztuce popularnej odnoszę to klasyczne dzieło do popowego teledysku. Hamlet zmienia mi się w postać znanego rockmena Nicka Cave’a a Ofelia zmienia się Kylie Minogue. Czerwona róża z płótna Sir Everetta nabiera dosłowności w tytule piosenki "Where The Wild Roses Grow". Toń obrazu nabiera innej głębi znaczeniowej. Już nie Szekspir a XX wieczna popkultura staje się źródłem intertekstualnej gry. Elitarni klasycy są przepuszczani przez pryzmat masowego widza.) "Sztuka stała się obrazoburcza. Nowoczesny ikonoklazm nie polega już jednak na niszczeniu obrazów, lecz na ich fabrykowaniu, mnożeniu obrazów, w których nie ma nic do zobaczenia." - tę krytyczną postawę wobec sztuki na rynku oraz samego rynku sztuki prezentuje Jean Baudrillard w książce "Spisek sztuki". W nawiązaniu do jego pozbawionej nadziei diagnozy, zadaję sobie pytanie: dlaczego zatem zajmuję się sztuką współczesną, właściwie nie mając o niej nic do powiedzenia i na dobrą sprawę nic o niej nie wiedząc? NICANIC NICANIC NICANIC NICANIC NICANIC NICANIC ...... Pozornie wygląda to na modne epatowanie nihilizmem, asertywną postawę cyber-żula, mającego w pogardzie wiedzę, a wygadanego z powodu dużej działki mocnego speedu. Dziś, żeby zabierać głos, trzeba umieć wypuszczać z siebie serie pustych słów, jak liczne, śliczne kolorowe bańki z mydła z dodatkiem gliceryny, nie tak nietrwałe, aby od razu pękały, ale też obliczone raczej na krótkotrwały zachwyt, krótkie neurologiczne spięcie, nagły przeskok suchej iskry, a najlepiej na przelotne, zupełnie przypadkowe, znudzone spojrzenie. Jednak co do tej pożądanej, dekadenckiej pustki Baudrillard nie daje mi większych szans: "Nicość jest (...) sekretną właściwością, do której prawa nie może domagać się byle kto." Prawdziwymi nihilistami - zdaniem filozofa- mogą być tylko bardzo nieliczni wybrańcy. A cała reszta? Zwracam uwagę na niezwykle istotne rozróżnienie w "Spisku sztuki": "Wydobyć ‘Nic’ z potęgi znaku jest w ścisłym znaczeniu operacją poetycką - wydobyć jednak nie banalność bądź błahość z rzeczywistości, lecz jej radykalne złudzenie. Dlatego Warhol jest naprawdę niczym, w takim znaczeniu, że na powrót wprowadza nicość w sam środek obrazu. Czyni z nicości i błahości wydarzenie, które przeobraża w fatalną strategię obrazu. Inni posługują się jedynie komercyjną strategią nicestwienia, któremu nadają formę reklamową, sentymentalną postać towaru, jak mawiał Baudelaire." Ja jestem odległy zarówno od sentymentalizmu postsztuki jak od "naiwnego" nihilizmu. Ten mój dystans do postaw nihilistycznych wynika nie tylko z mojej chrześcijańskiej postawy. Rezerwa ma również źródło w wiedzy, jak nihilizm był odgórnie promowany wszelkimi możliwymi środkami, łącznie z tajemnym aparatem "deep state". Złudna anarchiczna wolność artystów doby postmodernizmu i postsztuki okazuje się tylko "nieuświadamianą" (przynajmniej w dużej części) koniecznością. Dzieła, które pozowały na totalne uwolnienie się z wszelkich tradycyjnych reguł, były tak naprawdę pozorowanym rezultatem totalitarnych gier marszandów w czarnych płaszczach, prochowcach agentury. Jak więc zachować osobność, autentyzm w dobie demonów propagandy? Pozostaje mi zwrócić się przeciwko demoliberalnym modelom, ale tylko do pewnego momentu. Źródłem mojego buntu przeciwko głównemu nurtowi będą jak zwykle najbardziej zradykalizowane marginesy. Jednak zawsze będę wyznaczał sobie granicę wychodzenia "poza" liberalny mainstream. Moja rewolta zatrzymuje się tam, gdzie napotka na choćby najmniejszy ślad dawnej rewolucji bolszewików i mienszewików, z ich licznymi późniejszymi odmianami w postaci tradycji Szkoły Frankfurckiej z jednej strony a Putinowskiego "konserwatyzmu" i jego międzynarodówki z drugiej. Żadna z twórczych dziedzin nie zmieniła się tak radykalnie jak sztuki wizualne - czytam w artykule "Jak lewactwo i rząd USA skorumpowały amerykańską sztukę" autorstwa Marca Gepperta, tekście zamieszczonym na portalu alternatywnych prawicowców (alt-right). "Faszyzowanie" to mój prowokacyjny gest. Julius Evola - guru tradycjonalizmu integralnego, patron radykalnej prawicy - był świetnym malarzem: sensoryjnym idealistą, abstrakcjonistą mistycznym i dadaistą. W moim tekście-manifeście, konceptualnym dziennikarskim u-tworze, staram się naśladować J. Evolę. Jestem konserwatywnym libertynem, konkretnym abstrakcjonistą o metafizycznym zacięciu, kompletnie pozbawionym złudzeń co do transcendencji. Królestwo nietykalnych nigdy nie jest stąd.
[Verse 1]Za starych czasów, kiedy miałem jeszcze cienkie wersyA w pasie byłem o wiele szerszyGdy na WF'ie mogłem ledwie śnić o obręczyMój cały kiepski styl zaczynały rozjebane Converse'yTo wtedy miałem w szafie ledwie ze dwie pary spodniW tym jedne cienkie letnie, jedne zmięte jak ogrodnikStąd do ikony mody miałem w chujByłem wkurwiony i zakompleksiony, stój!Dzisiaj dobieram cały strój w pół godzinyKiedy się bardzo spieszymyI czyszczę MASSa magazyny, widzę w twarzach strachBo choć się z żoną w szafach nie mieścimy znowu biorę każdy łachCzy to już stadium choroby?Lubię znoszony t-shirt, ale chcę nowy!Chcę zdobyć świat, mam chory plan na lataNadchodzi Modzilla, zamontuj alarm w szafach![Ref.] x2Proste, man, zawsze jestem tamGdzie dobry szpan to dużo ubrańZ-E-U-S dobrze wie, co jest, ej!W modzie, w modzie, w modzie, w modzie[Verse 2]Gdy wkładam Supry albo Air RevolutionCzuję się jakby wyszło słońce po burzyCzy jestem próżny? Pewnie trochę takBo lubię dobre ciuchy i rapDobre buty mogą wiele dać, lecz nie kontakt z publikąLecz tak jak RH ja zakładam uniform, na razTy patrz, jak się gra tutajNiby niewiele mi to da, lecz lubię grać w dobrych butachCzy śmigasz po NY czy po Bałutach, przy blokachWtajemniczeni patrzą na to, co masz na nogachMy stanowimy kontrast dla PRLKomuna się skończyła, ziomal, koniec z szarym tłem!Noszę co chcę, tak jak chcę, jak lubięW kraju, gdzie stary dres to jest lans w klubieW kraju, gdzie dbać o siebie znaczy być słabymDbam o siebie, a ty wkładaj te skarpetki w sandały![Ref.] x2Proste, man, zawsze jestem tamGdzie dobry szpan to dużo ubrańZ-E-U-S dobrze wie, co jest, ej!W modzie, w modzie, w modzie, w modzie[Verse 3]Gdy wkładam moje nowe ADI DecadeBuggy w kolorze khaki, tamci wciąż czekają na fejmWacki szczekają, jak co dzień, tu się nic nie zmieniaObiecywali nam cash, ale to obiecana ziemiaZnasz schemat - na metkach Pull'n'bearZara, Topman i Bershka, Polo i H&MJuż coraz mniej jem, znasz powodyWiem, wiem, jestem uzależnionyNa obiad makarony z Biedronki co dniaSokoli wzrok wyostrzony na sklepowe tłaPieprzę internetowe propsy, zostawcie to dla siebie chłopcyNie kupię za to nawet spodni w promocjiOd wiosny do wiosny żyjęI patrzę zasmucony na odbicie w witrynieKiedyś zbuduję wielką willę poza miastemLecz nie dożyję kiedyś, jak nie wyjdę z tym paskiem![Ref.] x2Proste, man, zawsze jestem tamGdzie dobry szpan to dużo ubrańZ-E-U-S dobrze wie, co jest, ej!W modzie, w modzie, w modzie, w modzie[Outro]OK, ten utwór jest dedykowany wszystkim dziewczynom, które przygotowują się godzinami, dosłownie godzinami przed wyjściem. Wszystkim facetom, którzy przeglądają się w samochodach stojących na parkingach. Wszystkim osobom takim jak ja, nie oszukujmy się. Nie jesteście sami, trzymajcie się!
Kiedyś można było płacić tylko gotówką. Potem doszła możliwość używania plastikowych kart płatniczych. Dziś tradycyjne karty próbują zastąpić ich cyfrowe odpowiedniki zaszyte w smartfonach. Ale płatność mobilna to nie tylko telefon. Klienci kilku banków mogą już płacić inteligentnymi zegarkami albo opaskami. Jak to działa?Możliwość zapłacenia smartwatchem, czyli inteligentnym zegarkiem, pojawiła się w Polsce mniej więcej rok temu. Ale to nie pierwsza próba wprowadzenia w naszym kraju płatności zegarkami. Pierwsze płacące zegarki pojawiły się ponad 10 lat temu! Nie wierzycie? Sam miałem przyjemność nosić taki zegarek na ręku. Wyciągnąłem go dla Was z szuflady, oto i on:Zobacz również:Święty spokój kierowcy w dobie wysokiej inflacji? Bezcenny. Jak można (spróbować) ograniczyć koszty eksploatacji samochodu? I ile to kosztuje? [NOWOCZEŚNI MOBILNI]Jest plan na wakacje za granicą? Jest też problem: wysokie ceny i słaby złoty. Dwa sposoby, by nie dać się złapać w sidła kursowe [MOŻNA SPRYTNIEJ]Cyberbezpieczeństwo w bankach: technologie przyszłości. Jak zmieni się świat bankowości? [BANK NOWOŚCI]Funkcje? Trzy: wskazywanie godziny, daty (dzień miesiąca) i możliwość zapłacenia. Jak to działało? Zegarek ma kieszeń na mikroprocesor, dokładnie taki sam, jaki umieszczony jest w kartach płatniczych. Zegarek pełnił po prostu funkcję karty prepaid. Żeby zapłacić zegarkiem (można było tylko zbliżeniowo), wcześniej należało zasilić konto tamte zegarki czy bransoletki z chipem w środku się nie przyjęły? Bankowcy, z którymi rozmawiałem, zrzucają częściowo winę na zmianę regulacji. Od kilku lat nie można już wydawać anonimowych kart przedpłaconych. Karta musi być przypisana do konkretnej osoby. Ich zdaniem związany z tym brak wygody, ze względu na konieczność rejestracji karty, powstrzymał upowszechnienie się płacących era smartwatchaTeraz płacące zegarki wracają, ale w zupełnie innym stylu. Chodzi o tzw. smartwatche. Wszystkie łączy to, że… wskazują datę i godzinę. Dodatkowe funkcje? To już zależy od wyobraźni projektantów i speców od IT. Są zegarki dla dzieci, sportowców, kierowców… Zegarek może mierzyć tętno, „jakość” snu, być drogową nawigacją, odtwarzaczem muzyki. Są specjalne zegarki dla pilotów, nurków, a nawet dla golfistów, które ułatwiają poruszanie się po polu wzięcie smartwatche mają wśród osób uprawiających sport. Programy do treningów, które do tej pory zaszyte były w smartfonach, teraz można zmieścić w zegarku (kiedyś trzeba było biegać z telefonem).Dodatkowe możliwości daje zegarek sparowany ze smartfonem. Wyświetli np. przychodzącego SMS-a i powiadomienia z portali społecznościowych, np. Facebooka. Jeśli ktoś do nas dzwoni, a nie możemy lub nie chcemy rozmawiać, za pośrednictwem zegarka możemy dyskretnie odrzucić też: Niewykluczone, że w 2019 r. zapłacimy kartą bez PIN-u za większe zakupy. Czy to bezpieczne? Sprawdzamy jak banki zabezpieczają zbliżeniaUmowa z operatorem i odpowiedni zegarekByło do przewidzenia, że prędzej czy później inteligentne zegarki „nauczą się” też płacić. Obecnie w Polsce takie możliwości oferuje dwóch producentów zegarków – firmy Garmin i Fitbit. Zegarkiem można też płacić dzięki usłudze Google Pay, Apple Pay. Do wejścia na polski rynek z podobną usługą szykował się też Samsung, ale ostatecznie postawił na inne też: Masz iPhone’a? Twoje życie od dziś będzie łatwiejsze. W Polsce ruszył Apple Pay! Zapłacisz zbliżeniowo, a zamiast PIN-u – odcisk palcaŻeby zapłacić zegarkiem, muszą być spełnione dwa główne warunki. Pierwszy to umowa banku z operatorem płatności, np. z Garmin Pay czy Google Pay. Tego typu płatności działają na zasadzie tokenizacji. De facto płacimy kartą bankową, ale dane karty zastępowane są losowo wygenerowaną liczbą, czyli nie są zapisywane w zegarku, tylko są zamieniane na specjalny token. W pewnym sensie zegarek udaje więc kartę płatniczą, a transakcje przetwarzane są bez ryzyka ujawnienia wrażliwych danych warunek to odpowiedni model smartzegarka – musi on być wyposażony w odpowiedni system operacyjny oraz moduł NFC, potrzebny do komunikacji zegarka z terminalem płatniczym w podpiąć kartę do zegarka i jak nim potem płacić? Przetestowałem to na zegarku firmy Garmin (vivoactive 3), choć podpinanie kart i płacenie wygląda bardzo podobnie w innych dostępnych w Polsce od tego, że nie każdym zegarkiem da się zapłacić. W przypadku Garmin, opcja płatności dostępna jest jedynie w modelach vivoactive 3/Music, Forerunner 645/Music oraz w seriach zegarków fenix 5 Plus i D2 Delta (to specjalistyczne zegarki dedykowane pilotom). Dlaczego tylko na tych, wyjaśnia Aleksandra Jarosz, reprezentująca firmę Garmin w Polsce.„Usługa Garmin Pay została wprowadzona wraz z premierą smartwatcha vivoactive 3 pod koniec sierpnia 2017 r., a w Polsce Garmin Pay zadebiutowało w marcu 2018 r. w BZ WBK. Od tamtej pory Garmin Pay pojawił się też w nowych wersjach zegarków z pozostałych linii produktowych Garmin, czyli w zegarku dla biegaczy Forerunner 645 i odświeżonej linii multisportowych zegarków fenix. Można się spodziewać, że wraz z premierami następnych modeli, Garmin Pay będzie dostępne w większej liczbie zegarków.”Jednak wybór odpowiedniego (płacącego) modelu to dopiero początek. Żeby móc płacić, trzeba podłączyć jeszcze źródło pieniądza, czyli kartę płatniczą. W przypadku zegarków Garmin taką usługę oferują obecnie tylko cztery banki (Santander Bank, PKO BP, Getin Bank i Nest Bank).Przeczytaj też: Już w tym roku będzie można kupić pierwszą na świecie biżuterię z funkcją płatniczą. Początek nowej rewolucji?Jak sparować kartę bankową z zegarkiem? Trzeba zacząć od pobrania na telefon aplikacji Garmin Connect Mobile, a następnie połączyć zegarek z aplikacją w telefonie. Uprzedzam, że chwilę to może zająć. Następnie w aplikacji wybieramy opcję Garmin Pay. Będziemy musieli utworzyć czterocyfrowy PIN, który będzie strażnikiem naszego cyfrowego krok to dodanie do aplikacji karty płatniczej (lub kilku kart). W tym celu trzeba podać dane zapisane na karcie: numer, datę ważności oraz kod CVV znajdujący się na odwrocie karty. Warunkiem korzystania z usługi jest akceptacja regulaminu. Sparowanie karty z aplikacją Garmin musi jeszcze potwierdzić bank – wydawca karty. Mój bank przesłał mi SMS-em kod, którym autoryzowałem połączenie karty z to – od momentu uruchomienia aplikacji Garmin Connect Mobile do sparowania karty debetowej – zajęło mi jakieś pół godziny (licząc z przejrzeniem regulaminu).Kiedy karta jest już dodana do aplikacji i widzi ją mój zegarek, mogę iść na zakupy. Na „cyferblacie”, czyli ekranie zegarka wybieram ikonę „portfela”, a następnie – jeśli do portfela dodałem więcej niż jedną – kartę, którą chcę zapłacić. Zegarek powinien poprosić mnie o podanie wcześniej ustalonego kodu PIN. Ale nie jest tak, że za każdym razem PIN jest wymagany. Ponoć jeśli nie zdejmę zegarka z ręki i nie wyłączę opcji monitorowania tętna, PIN powinien być aktywny przez 24 do sklepu… Działa!Smartwatch złodziejem życia?Smartwatchem bawiłem się tylko chwilę, a testowałem głównie płatności. Trzeba trochę cierpliwości, żeby okiełznać sam zegarek, a potem połączyć go z aplikacją i kartą płatniczą. Ale gdy mamy to już za sobą, sama płatność przebiega tak szybko, jak dokonywana kartą zbliżeniową. A nawet szybciej, bo nie muszę sięgać do portfela, tylko przykładam nadgarstek do terminala czy to wystarczający powód, żeby zafundować sobie takie cacko? Na taki zegarek trzeba wyłożyć co najmniej 1000 zł, te ze średniej półki kosztują już w granicach 3000 zł. Trzeba też pamiętać, że aby płacić, nie wystarczy samo posiadanie zegarka. Trzeba mieć kartę w banku, który wszedł w zegarkowe też: Mapa dłużników live, czyli apka w smartfonie ostrzeże, że podchodzi do ciebie nierzetelny płatnik. Co dalej? Aż strach: scoring społecznyI chyba trzeba polubić nie tylko płacenie zegarkiem, a przede wszystkim inne funkcje, jakie oferuje smartwatch. Bo – mam wrażenie – inteligentne zegarki jeszcze bardziej przywiązują nas do smartfonów. Telefon czasem udaje nam się odłożyć i choć na chwilę możemy o nim zapomnieć. Zegarek na ręku to prosta droga do symbiozy człowieka z telefonem „24h”. Ale może smartwatch zmienia życie? Posłuchajcie tych, którzy zaryzykowaliJak smartwach może zmienić codzienne życie? W czym pomaga, a co nam zabiera? O podzielenie się swoimi doświadczeniami poprosiłem Kubę Wątora i Pawła Hekmana, którzy mają dłuższy staż ze smartwatchem na ręku (Kuba jest szefem działu „tech” w Wirtualnej Polsce, a Paweł dziennikarzem działu technologie w „Gazecie Wyborczej”). Oto ich refleksje:Kuba, blisko miesiąc ze smartwatchem na rękuOdkąd niecały miesiąc temu założyłem na rękę smartwatcha – Huawei Watch GT – właściwie wcale go z niej nie zdejmuję. Choć w dużej mierze traktuję go jako zabawny gadżet, to jest kilka funkcji przydających się na co tej pory miewałem sytuacje, w których nie słyszałem dzwonka telefonu lub nie czułem wibracji. Smartwatch absolutnie to wyeliminował – wyświetla nie tylko połączenia, ale i wiadomości tekstowe. Nie da się przez niego rozmawiać, ale nie brakuje mi tej funkcji. Chyba dziwnie wyglądałbym, mówiąc do kolei dla zapominalskich zapewne pomocna będzie opcja „przywoływania telefonu”. Gdy go gdzieś zapodziejemy, możemy smartwatchem wezwać go, by zaczął połączeniu z aplikacją w smartfonie, najciekawsze są funkcje dotyczące zdrowia. Smartwatch cały czas bada akcję serca i alarmuje, gdy tętno jest zbyt wysokie. Podejrzeć można również swój sen, co jest bardzo pomocne w jego regulowaniu. Widać, kiedy użytkownik zasnął, kiedy w jakich fazach snu był i kiedy się przebudził. Dodatkowo w aplikacji znajduje się masa wskazówek, jak powinniśmy ma też cały zestaw funkcji pomocnych przy ćwiczeniach fizycznych. Można w nim monitorować różne rodzaje biegania (przełajowe, w terenie, na bieżni etc.), wspinaczkę, jazdę na rowerze czy pływanie. Tych opcji jeszcze nie testowałem, ale jeden z moich redakcyjnych kolegów już od kilku tygodni publikuje w social mediach swe postępy w trenowaniu. Więcej biega, mniej waży, ma lepszą wydolność. I zapewnia, że wszystko to sprawił jego smartwatch. A więc chyba Hekman nosi smartwatcha już blisko pół rokuSmartwatch idealnie sprawdza się chociażby podczas spotkań biznesowych, gdzie wyjmowanie telefonu w trakcie rozmowy nie jest mile widziane. Z zegarkiem takiego problemu nie ma – szybkie zerknięcie wystarczy, by sprawdzić czy wibracja oznacza ważnego maila, który właśnie przyszedł czy liczby lajków na świetnie sprawdza się w roli monitora sprawności fizycznej. Za długo siedzimy przy biurku? Smartwatch zaproponuje proste ćwiczenia. Z kolei krokomierz i wyznaczone przez nas lub producenta minimum dzienne, zachęci do ruszenia na spacer. Jeżeli mamy ochotę na większy wysiłek, zaproponuje również inną aktywność fizyczną: bieganie, jazdę na rowerze, itd. Przy okazji pokazując nasze atutem jest prosta funkcja dla zapominalskich. Zapomnieliśmy, gdzie wylądował telefon? Zegarek pozwoli na jego zlokalizowanie, uruchamiając bardzo głośny dzwonek, nawet jeśli smartfon nie był wcześniej wszystko jest jednak w smartwatchu idealne. Niezbędne jest połączenie bluetooth, które nie pozostaje bez wpływu na baterię telefonu. Sam zegarek też nie posiada największych zasobów mocy i w zależności od częstotliwości i sposobu użytkowania, trzeba go ładować codziennie lub co dwa kwestią jest też uwaga, którą bezustannie przykuwa. Każda wibracja sprawia, że zerkam i sprawdzam, jakie powiadomienie wyskoczyło mi tym razem. Oczywiście notyfikacje można odpowiednio spersonalizować, ale i tak jest to fakt wart fascynowały mnie możliwości monitorowania snu oraz pomiar tętna, ale obie funkcje znudziły mnie po jakimś zatem smartwatch zmienił moje życie? Odrobinę tak. Tym bardziej, że od lat nie nosiłem żadnego zegarka. Ważnym elementem jest też wygląd smartwatcha, który często przypada mi gustu bardziej niż tradycyjny zegarek. Nie zostałem jednak wielkim fanem i nie wyczekuję kolejnych premier tych urządzeń. Ale nie wykluczam, że przy wzroście funkcji i możliwości smartwatcha może to się koniec dodam, że według mnie smartwatche to obecnie gadżety, opcjonalnie – przedłużenie smartfona. Tylko i aż. Ich możliwości z roku na rok rosną, ale cały czas nie proponują niczego nadzwyczajnego. Sam korzystam z zegarka Galaxy Watch 2, który mam sparowany z telefonem tego samego producenta. Nie wiem niestety jak wygląda współpraca z innymi przegap nowych tekstów z „Subiektywnie o finansach”, zapisz się na mój newsletter i bądźmy w kontakcie!——————————————-Artykuł jest częścią cyklu edukacyjnego „O wygodnym płaceniu, czyli niezbędnik nowoczesnego konsumenta”, którego partnerem merytorycznym jest organizacja płatniczaZdjęcie tytułowe:
szpan w pół godziny